poniedziałek, 2 lutego 2015

Poranek to ważna część naszego dnia!

Moja koleżanka ostatnio poprosiła mnie, abym opisała jej jak wygląda mniej więcej mój poranek!
Nie mogę opisać tego co się dzieje dzisiaj, czy jutro, bo jak na razie mam ferie i nie chcę tego szybko zmieniać! Udajmy się więc pamięcią do pewnego piątku...
Budzik zadzwonił - godzina 5:20. Zawsze lubię to uczucie, kiedy wiem że dzwoni budzik i mogę sobie spokojnie włączyć drzemkę i iść spać. Ma to jednak swoje "ograniczenia" (?), jeżeli tych drzemek jest za dużo, to człowiek zaczyna być zły, zmęczony i wtedy są nikłe szanse, że wstanie na czas. Tego dnia właśnie tak było. Trochę się przeliczyłam i budzik dzwonił raz, drugi, trzeci! W końcu wstałam, kiedy zorientowałam się, że jest już kilka minut po szóstej (zazwyczaj wstaję punkt szósta, albo za pięć szósta). Szybko się zerwałam z łóżka. Miałam ochotę się ubrać, jednakże mój ukochany T-shirt nie był wyprasowany (a mama nie pozwala mi brać niewyprasowanych rzeczy!). Cóż, na zabawę w gosposię było za późno, musiałam więc ubrać damską koszulkę z kwiecistym wzorem - jak ja tego nie lubiłam! Chociaż w sumie lepsze to jak różowa spódnica... Szybko się ubrałam. Miałam na sobie ową bluzeczkę, w której pasowało mi tylko to iż była cienka i nieco rozciągnięta (nie lubię rzeczy z grubego materiału, czy też takich za bardzo przylegających, chociaż zdarza mi się takie zakładać). Lubię mieć na sobie moje czarne spodnie, tak więc je ubrałam. Moje włosy żyją własnym życiem - jeden lok tam, drugi tu, trzeci to w ogóle gdzieś na suficie! Wyglądam strasznie, kiedy jestem nieuczesana! Pomyśleć, że wystarczy kilka ruchów szczotką, aby moje cienkie, kręcone włosy leżały na swoim miejscu! Bardzo je lubię, jednakże minusem jest to iż po każdym czesaniu szczotka jest obfita w brązowe kłaki! Nie wiążę włosów, jak już to na WF, albo zimą, kiedy bardzo mi przeszkadzają. Nie czeszę się na typową nastolatkę, nie posiadam grzywy, ani gównianego koka! Moje włosy są zawsze poczochrane na wysokości mojej klatki piersiowej (ja już sama ich nie ogarniam...), mają niechlujny przedziałek na środku i inaczej same się nie ułożą! Na prawdę! Kiedyś zachciało mi się zobaczyć jak będę wyglądać w grzywce! Uczesałam się dokładnie, przypięłam nawet spinki i niby wszystko ok, ale przy pierwszym lepszym podmuchu wiatru układały się jak wcześniej! Co jak co, ale moje włosy są częścią mnie, która nigdy nie pozwoli się zmienić (chyba że chodzi o ich kolor, czy długość). Kiedyś je ścięłam, tak że sięgały ledwo do ramion... Wyglądałam jak idiota... Kiedyś w wakacje uznałam, że fajnie jest się "farbnąć", a więc na początku była szamponetka. Razem z kuzynką (miałam wtedy bodajże 12 lat, ona 14) miałyśmy lekko czerwonawe włosy, ja buraczkowe, ona bardziej czerwone (ja jestem w końcu brunetką, a ona blondynką). Uznałyśmy, że nie wyszło i wyglądamy źle. Ciocia nagle zrobiła wejście smoka, a w dłoni trzymała farbę do włosów - "Wellaton Wulkaniczna Czerwień". Niby wszystko spoko! Przy farbowaniu strasznie piekła mnie głowa i oczy od tego głupiego amoniaku. Zdziwiłam się trochę, bo myślałam, że będzie jak tamta szamponetka! Później dowiedziałam się że to prawdziwa farba do włosów... Wyobraźcie sobie jak dwie dziewczynki z czerwonymi kudłami idą do biedry po lody... Do teraz moje włosy są lekko czerwonawe od dołu, ale wygląda to ładnie, bo ta czerwień z wiekiem robi się bardziej karmelowa niżeli czerwona. Ale dosyć o moich włosach!
Nie maluję się, uważam że malują się tylko osoby, które są brzydkie i mają ohydną, pokraczną twarz (ja wiem, że brzmię teraz jak jakiś narcyz, ale uważam że jestem całkiem ładna, a ludzie przyznają mi rację, co ja poradzę?). Kiedy dziewczyny zmyją makijaż (te, które się malują), to później wyglądają jak stare baby! To prawda! Dziewczyno! (jeżeli jesteś dziewczyną, jeśli jesteś faciem to broń Boże nie maluj sobie ryja!)Nie maluj się, bo potem wyglądasz jak brzydka, stara baba!
Zawsze myję zęby (w sumie to chyba jak karzy, więc co tu opowiadać?)
Potem zjem jakieś śniadanie - tost, albo płatki (jak są). Pakuję sobie potem do szkoły jakieś kanapki. W sumie to podczas wykonywania bardzo skomplikowanej czynności - robienia tostów do szkoły (bo zazwyczaj noszę do szkoły tosty z serem.), nic szczególnego się nie wydarza, no może oprócz tego, że raz tost zniknął... Jesteś ciekawy tej ciekawej jak flaki opowieści?
Pewnego ranka, jak robiłam sobie tosty (w takim zamykanym tosterze, a tak serio to to nazywa się "opiekacz do kanapek", ale Who Cares?), postanowiłam je sobie spalić (oczywiście że było to zamierzone). Później, chcąc ich nie spalić, wsadziłam je na "o wiele krócej". Kiedy otworzyłam toster (opiekacz), TOSTA NIE BYŁO. Otworzyłam szerzej moje wielkie, ciemne ślepia i zamarłam. Dobrą minutę zajęło mi "ogarnięcie", że tost przykleił się do górnej części tostera (opiekacza). Wtedy potwierdziły się moje obawy - jednak jestem idiotą (nie lubię mówić "idiotka", bo źle mi się to kojarzy i bardziej mi pasuje "idiota"... Ja wiem, wiem, wiem że jestem dziwna).
Kiedyś do szkoły pakowałam sobie takie tosty z tostera takiego tostera, z którego tosty wyskakują! (czy ja na prawdę nie umiem niczego dobrze opisać?) Nie robię już takich tostów, bo sam dźwięk, kiedy wyskakują mnie przeraża, a zwłaszcza rano! No bo jak człowiek siedzi sobie, pije kawę, jest pół-przytomny, zapomni że nastawił sobie tosty i nagle BUM! (Tak, miałam tak prawie codziennie i tak, oblałam się kawą "po całości").
Ubieram buty za dwadzieścia siódma (kochane glany, których nienawidzę zakładać). Wychodzę z domu tak... Za dziesięć siódma (mam blisko autobus) i w sumie to wszystko.
Jeśli się podobało fajnie by było, gdybyś zostawił/a komentarz i zaczął/zaczęła obserwować blog, to dla mnie dużo znaczy! Ale! Rób jak chcesz, ja nie jestem twoją matką!
~Rumcia

niedziela, 1 lutego 2015

Kiedy byłam jeszcze mała


Cóż... Życie nigdy nie wydawało mi się czymś poważnym, można powiedzieć, że nie ma dla mnie na tym świecie rzeczy z której nie potrafiłabym zakpić. *Mówi to 16 letnia dziewczynka, pozdro!*
Ponoć kiedy się urodziłam nie płakałam, jedynie "paczałam" tymi moimi wielkimi, ciemnymi oczami na wszystko i wszystkich, ale nie wiem co to ma do rzeczy! Może to, że nie jestem jak inni - nie lubię być nazywana normalną.
Już od początku wiedziałam, że nie będę zwykłą dziewczynką. Wolałam nosić ciemne ubrania, nie lubiłam spódniczek i sukieneczek, bawiłam się przeważnie samochodami, a barbi urywałam głowy. Chociaż miałam przez pewien czas ochotę na zabawę lalkami. Zawszę jak kupowali mi nową lalkę, to MUSIAŁAM innym lalką ją przedstawić! Na taką uroczystość każda Barbi zakładała coś ładnego. Pamiętam, że kiedyś mama kupiła mi taką Barbi w sukni ślubnej! W sumie to lalka mi się nie podobała - miała brzydkie włosy. Wstydziłam się trochę ją przedstawić innym, więc tego nie zrobiłam, walnęłam lalkę do szafy. Inne Barbi nie wiedziały o jej istnieniu! Bawiłam się nią tylko wtedy, kiedy inne były w pudle, czyli wielkiej zbiorowej trumnie sypialni. Kiedyś mama pod moją nieobecność wsadziła Pannę młodą o tego pudła. Ależ było mi głupio przed innymi lalkami! Ja wiem, że to brzmi bardzo głupio, ale tak było!
Jak byłam mała lubiłam dużo jeść! Do teraz tak mam! (chociaż moje 2 kg niedowagi temu zaprzecza *iks de*) Jak przyjechałam pewnego razu do cioci, zrobiłam się bardzo głodna! Do jedzenia dali mi (na własne życzenie) groszek w puszcze. Do picia - ambrozję! (Pepsi) pamiętam, że oglądałam bajkę "Ostatni jednorożec". Zjadłam tą całą puszkę tego groszku i wypiłam oj dużo pepsi... Chyba wiecie czym się to skończyło nie? Tak, chodzi o "wielki powrót" groszku i pepsi, brzuszek nie wytrzymał (to było wieczorem, kiedy żołądek już nie trawi tak sprawnie jak w dzień). Do dzisiaj nie jem groszku z puszki.
Zawsze kochałam dostawać prezenty i z niecierpliwością czekałam na Święta/urodziny. pamiętam jak pewnego letniego dnia obudziłam się bardzo wcześnie. Wstałam i podeszłam do półki z książkami. Złapałam opakowanie z ciastoliną (swego czasu dużo lepiłam z ciastoliny, w końcu tata artysta...), myślałam że są Święta i Mikołaj raczył mi przynieść prezent! Pamiętam, że robiłam tak kilka razy w ciągu tamtego lata, potem mi przeszło...
Ty pewnie też lubisz ten dreszczyk emocji, kiedy coś dostajesz, rozpakowujesz i jest to coś, czego bardzo chciałeś! Ja kocham to uczucie! Kiedyś mama zrobiła mi prezent, kiedy go odpakowałam BARDZO się ucieszyłam! Była to mini stajenka z konikiem! Dzień wcześniej oglądałam to w sklepie, nie spodziewałam się tego... Uwielbiam to uczucie, więc po rozpakowaniu prezentu i wykrzyknieniu "DZIĘKUJĘ! TO COŚ CO CHCIAŁAM!", kazałam mamie zapakować podarek jeszcze raz i znów odtworzyć tą scenę. Zdziwiona mama zrobiła to, co chciałam. Znów rozpakowałam prezent i skakałam z radości. Uczucie było słabsze, jednak w pewnym stopniu nadal było podobne do tego sprzed kilku minut. Kazałam więc mamie prezent zapakować raz jeszcze! Cóż... Za trzecim razem nie dawało to tyle uciechy, jak za pierwszym. Uznałam, że należy spróbować ponownie! Mama była nieco zagubiona, ale zrobiła to dla mnie znowu. Później pakowałam sama, aż w końcu całkowicie mi się to znudziło.
Cóż... To chyba na tyle! Mam nadzieję że w pewnym stopniu was rozbawiłam. Jeżeli wam się podobało to możecie polubić ten post, to dla mnie ważne! Więc... Do zobaczenia!
~Rumcia