niedziela, 1 lutego 2015

Kiedy byłam jeszcze mała


Cóż... Życie nigdy nie wydawało mi się czymś poważnym, można powiedzieć, że nie ma dla mnie na tym świecie rzeczy z której nie potrafiłabym zakpić. *Mówi to 16 letnia dziewczynka, pozdro!*
Ponoć kiedy się urodziłam nie płakałam, jedynie "paczałam" tymi moimi wielkimi, ciemnymi oczami na wszystko i wszystkich, ale nie wiem co to ma do rzeczy! Może to, że nie jestem jak inni - nie lubię być nazywana normalną.
Już od początku wiedziałam, że nie będę zwykłą dziewczynką. Wolałam nosić ciemne ubrania, nie lubiłam spódniczek i sukieneczek, bawiłam się przeważnie samochodami, a barbi urywałam głowy. Chociaż miałam przez pewien czas ochotę na zabawę lalkami. Zawszę jak kupowali mi nową lalkę, to MUSIAŁAM innym lalką ją przedstawić! Na taką uroczystość każda Barbi zakładała coś ładnego. Pamiętam, że kiedyś mama kupiła mi taką Barbi w sukni ślubnej! W sumie to lalka mi się nie podobała - miała brzydkie włosy. Wstydziłam się trochę ją przedstawić innym, więc tego nie zrobiłam, walnęłam lalkę do szafy. Inne Barbi nie wiedziały o jej istnieniu! Bawiłam się nią tylko wtedy, kiedy inne były w pudle, czyli wielkiej zbiorowej trumnie sypialni. Kiedyś mama pod moją nieobecność wsadziła Pannę młodą o tego pudła. Ależ było mi głupio przed innymi lalkami! Ja wiem, że to brzmi bardzo głupio, ale tak było!
Jak byłam mała lubiłam dużo jeść! Do teraz tak mam! (chociaż moje 2 kg niedowagi temu zaprzecza *iks de*) Jak przyjechałam pewnego razu do cioci, zrobiłam się bardzo głodna! Do jedzenia dali mi (na własne życzenie) groszek w puszcze. Do picia - ambrozję! (Pepsi) pamiętam, że oglądałam bajkę "Ostatni jednorożec". Zjadłam tą całą puszkę tego groszku i wypiłam oj dużo pepsi... Chyba wiecie czym się to skończyło nie? Tak, chodzi o "wielki powrót" groszku i pepsi, brzuszek nie wytrzymał (to było wieczorem, kiedy żołądek już nie trawi tak sprawnie jak w dzień). Do dzisiaj nie jem groszku z puszki.
Zawsze kochałam dostawać prezenty i z niecierpliwością czekałam na Święta/urodziny. pamiętam jak pewnego letniego dnia obudziłam się bardzo wcześnie. Wstałam i podeszłam do półki z książkami. Złapałam opakowanie z ciastoliną (swego czasu dużo lepiłam z ciastoliny, w końcu tata artysta...), myślałam że są Święta i Mikołaj raczył mi przynieść prezent! Pamiętam, że robiłam tak kilka razy w ciągu tamtego lata, potem mi przeszło...
Ty pewnie też lubisz ten dreszczyk emocji, kiedy coś dostajesz, rozpakowujesz i jest to coś, czego bardzo chciałeś! Ja kocham to uczucie! Kiedyś mama zrobiła mi prezent, kiedy go odpakowałam BARDZO się ucieszyłam! Była to mini stajenka z konikiem! Dzień wcześniej oglądałam to w sklepie, nie spodziewałam się tego... Uwielbiam to uczucie, więc po rozpakowaniu prezentu i wykrzyknieniu "DZIĘKUJĘ! TO COŚ CO CHCIAŁAM!", kazałam mamie zapakować podarek jeszcze raz i znów odtworzyć tą scenę. Zdziwiona mama zrobiła to, co chciałam. Znów rozpakowałam prezent i skakałam z radości. Uczucie było słabsze, jednak w pewnym stopniu nadal było podobne do tego sprzed kilku minut. Kazałam więc mamie prezent zapakować raz jeszcze! Cóż... Za trzecim razem nie dawało to tyle uciechy, jak za pierwszym. Uznałam, że należy spróbować ponownie! Mama była nieco zagubiona, ale zrobiła to dla mnie znowu. Później pakowałam sama, aż w końcu całkowicie mi się to znudziło.
Cóż... To chyba na tyle! Mam nadzieję że w pewnym stopniu was rozbawiłam. Jeżeli wam się podobało to możecie polubić ten post, to dla mnie ważne! Więc... Do zobaczenia!
~Rumcia

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz